Aktualności
X Niedziela Zwykła
Nie potrzebują lekarza zdrowi …
Uważam się za sprawiedliwego, gorszę się postępowaniem innych, łatwo a nawet z przyjemnością wydaję sądy, oskarżam i feruje wyroki, plotkuję, obmawiam, oczerniam. A wszystko to z miną zgorszonego faryzeusza. Jestem przekonany, że moje postępowanie jest bez zarzutu. A nawet jeśli popełniłem czasami jakiś grzech, to niewielki i Bóg mi go na pewno wybaczy, bo przecież regularnie się spowiadam. Nie to co inni, którzy do kościoła nie chodzą, do spowiedzi nie byli już całymi latami, a o modlitwie nie mają zielonego pojęcia, … wszyscy ci „mateusze”, celnicy, pijacy, grzesznicy, kobiety lekkich obyczajów, rozwodnicy …. Ja regularnie płacę dziesięcinę i składam uczciwie wszystkie przepisane prawem ofiary i całopalenia.
I w ten sposób sam wykluczam się z kręgu tych, którzy dostąpią Miłosierdzia Bożego. Ja go nie potrzebuję. Liczę tylko na swoje „dobre uczynki”.
Uznałem się za zdrowego i za takiego właśnie się uważam. Nie ma we mnie choroby, nie ma niczego, co należałoby poddać Bożemu Miłosierdziu, co należałoby leczyć. Jestem doskonały, zdrowy, bez skazy i lekarz jest mi niepotrzebny, bo jest on rzeczywiście potrzebny tylko chorym, tym innym, którzy są zdecydowanie gorsi ode mnie.
I nie zrozumiałem co znaczą słowa: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary„.
Panie nie pozwól mi zachorować na najgorszą chorobę, na chorobę pychy, która zaślepia.
Ozeasz wzywa: „Dołóżmy starań, aby poznać Pana” (Oz 6,3). W biblijnym języku „poznać” nie znaczy zdobyć informację o Bogu. To nie jest znajomość katechizmu czy dogmatów. Poznanie to relacja – tak bliska jak ta między mężem i żoną, pomiędzy przyjaciółmi. To doświadczenie, które przenika całe istnienie.
Tymczasem nasza miłość – wyznaje Bóg przez proroka – „podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika” (Oz 6,4). Poranny zapał, wzruszenie podczas pieśni, skrucha przy spowiedzi – a potem reszta dnia należy do naszych trosk, pretensji i obojętności. Bóg nie chce być naszym porannym przebłyskiem. On chce być światłem całego dnia.
Abraham, którego Paweł stawia nam za przykład, nauczył się tego poznania w szkole nocy. „Wbrew nadziei uwierzył nadziei” (Rz 4,18). Jego ciało było obumarłe, Sara bezpłodna – wszystko wołało: „Nie ma szans”. Ale Abraham poznał Boga nie jako korektora naszych planów, ale jako Tego, który „ożywia umarłych i powołuje istnienie z nieistnienia” (Rz 4,17). To poznanie nie było teorią. Było trwaniem w ciemności, gdy Bóg milczy, i ufnością, że Jego świt jest pewny.
Faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii nie byli ateistami ani ludźmi bez religii. Przeciwnie – ofiarowali Bogu dziesięciny, posty, całopalenia. Ich problem nie leżał w braku pobożności, ale w braku zrozumienia, czym Bóg naprawdę jest. Myśleli, że Bóg jest taki jak oni – wymagający, segregujący, czysty. Dlatego gorszył ich Jezus, który „jada wspólnie z celnikami i grzesznikami” (Mt 9,11).
I wtedy Jezus wypowiada słowa, które powinny wstrząsnąć każdą naszą religijną pewnością: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 9,13). Bóg nie gardzi ofiarą – przecież sam Jezus złoży siebie w ofierze na krzyżu. Ale odrzuca ofiarę, która nie wypływa z miłosierdzia. Ofiarą miłą Bogu jest serce, które – jak Abraham – nie zachwiewa się w wierze. Ofiarą miłą Bogu jest stół, przy którym zasiadają grzesznicy. Ofiarą miłą Bogu jest przebaczenie, które kosztuje, czas dla chorego, wytrwanie w małżeństwie, gdy nadzieje dawno umarły.
Mateusz siedział w komorze celnej – symbolu zdrady, współpracy z okupantem, nieuczciwości. To człowiek, którego uczciwi Żydzi wykluczali. I właśnie do niego Jezus mówi: „Pójdź za Mną!” (Mt 9,9). Żadnych warunków wstępnych. Najpierw łaska, potem nawrócenie. Mateusz wstał i poszedł.
Zauważmy: Ewangelista nie pisze, że Mateusz najpierw zwrócił skradzione pieniądze, przeprosił pokrzywdzonych, odbył pokutę. On po prostu poszedł. Bo poznanie Boga to nie wypełnienie listy warunków, ale odpowiedź na wezwanie: „Pójdź”.
Potem Mateusz wydaje ucztę. I co robi Jezus? Siada z celnikami i grzesznikami. To jest obraz Kościoła, jakiego pragnie Bóg: nie klubu świętych, ale szpitala polowego, gdzie ranni spotykają Lekarza. Faryzeusze stoją na zewnątrz i krytykują. Jezus jest wewnątrz i uzdrawia.
Drodzy, wielu z nas jest jak faryzeusze – nieświadomie. Przychodzimy do kościoła, składamy ofiary, mówimy modlitwy. Ale w sercu segregujemy ludzi: „Ten jest niegodny komunii, tamta żyje w grzechu, tamten nie zasługuje na przebaczenie”. A Jezus jada z nimi. Jeżeli Kościół ma być obrazem Boga, który pragnie miłosierdzia, to my mamy być wspólnotą, w której każdy – nawet największy grzesznik – spotyka zaproszenie: „Pójdź za Mną!”.
Nie oznacza to lekceważenia grzechu. Ozeasz mówi: „Dlatego ciosałem ich przez proroków, słowami ust mych zabijałem” (Oz 6,5). Słowo Boże rani, by uleczyć. Ale celem tego ciosania nie jest zniszczenie, lecz obudzenie poznania. Bóg nie cieszy się z naszej zguby, lecz z naszego powrotu.
Dziś Jezus przechodzi obok twojej komory celnej. Może nią jest twoje przywiązanie do pieniądza, władzy, wygody, może grzech, którego się wstydzisz, może zranienie, które uczyniło twoje serce twardym. On nie mówi: „Najpierw się popraw”. On mówi: „Pójdź za Mną!”. Reszta przyjdzie.
Bo to właśnie znaczy poznać Pana: nie mieć o Nim poprawne wyobrażenie, ale iść za Nim z całym swoim ubóstwem i grzechem, ufając, że Jego przyjście jest pewne jak świt, a Jego miłosierdzie – jak deszcz, który nawadnia suchą ziemię.
Niech Eucharystia, która jest sakramentem miłosierdzia, będzie dla nas codziennym „Pójdź” – wezwaniem do życia, które nie jest poranną rosą, lecz rzeką wody żywej, płynącą ku wieczności.






