Aktualności
Uroczystość Wszystkich Świętych
Święci z „wielkiego ucisku”
Kiedy słyszymy słowo „święci”, wielu z nas widzi obrazy z witraży i figur: spokojne twarze, wzniesione oczy, dłonie złożone do modlitwy. Człowiek patrzy na to wszystko i myśli: to nie dla mnie. Oni byli z innej gliny. Ja mam kredyt, trudnego szefa, chorą mamę i charakter, z którym sam sobie nie radzę.
Tymczasem pierwsze czytanie z Apokalipsy zaczyna się od zaskoczenia. Jan słyszy liczbę: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych. Liczba dokładna, uporządkowana, niemal urzędowa. A potem Jan patrzy i widzi coś zupełnie innego: „wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków”. Najpierw spis, a potem tłum, którego nie da się spisać. Bóg ma swoją arytmetykę i nasza jej nie obejmuje. Nie ma tam tylko wybranej elity, jest ludzkie morze, i to morze pełne różnych twarzy.
I tu pierwsza myśl, którą chciałbym dziś zostawić: świętość nie jest rzadkim gatunkiem. Kościół nie przypadkiem ustanowił uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tylko tych z ołtarzy. Wśród tych, którzy stoją przed tronem, są kanonizowani, ale są też nasi dziadkowie, którzy nigdy nie napisali żadnego traktatu, i sąsiadka, która po prostu przez trzydzieści lat opiekowała się niepełnosprawnym synem. Są ludzie, których imion nikt nie zna, poza Bogiem. Jan słyszy pytanie: „Kim są i skąd przybyli?” i odpowiada tak, jak odpowiedziałby każdy z nas: „Panie, ty wiesz”. To uczciwa odpowiedź. Nie mamy pełnego wglądu w to, kto jest święty. Bóg ma szersze serce niż nasze statystyki.
Ale proszę zwrócić uwagę na drugą rzecz, bo czytanie jest tu bardzo trzeźwe. Starzec nie mówi: to ci, którym się udało. Nie mówi też: to ci, którzy nigdy nie upadli. Mówi: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku”. Czas teraźniejszy: przychodzą. Wciąż idą. Święci nie są ludźmi, którzy ominęli trudności, lecz ludźmi, którzy przez trudności przeszli i nie oddali w nich swojej wiary ani swojego serca.
To ważne, bo łatwo o religijność, która obiecuje życie bez bólu. Ewangelia, którą czytamy dziś, nie jest tak naiwna. Jezus nie mówi: błogosławieni, którym wszystko się układa. Mówi: błogosławieni ubodzy, ci, którzy się smucą, ci, którzy łakną sprawiedliwości, ci, którzy cierpią prześladowanie. Błogosławieństwa nie są pochwałą cierpienia. Nikt nie jest błogosławiony dlatego, że płacze. Jezus mówi coś bardziej subtelnego i bardziej radykalnego: że w miejscach, w których świat widzi porażkę, Bóg jest szczególnie blisko. Smutek nie jest dla Niego dowodem, że coś poszło nie tak między nami a Nim. Ubóstwo, głód, łzy to nie są miejsca, z których Bóg się wycofał.
Warto też zauważyć, że szaty tych ludzi są białe, ale nie dlatego, że nigdy się nie pobrudziły. Czytanie mówi, że je „opłukali” i „wybielili we krwi Baranka”. Paradoksalny obraz: biel osiągnięta przez krew. To obraz ludzi, którzy swoje życie, ze wszystkim, co w nim poplamione, zanieśli do Chrystusa i pozwolili, by to On je oczyścił. Święty to nie ten, kto nie ma plam, ale ten, kto nie przestał wracać do Tego, który je zmywa. Wielu z nas czuje, że świętość jest poza zasięgiem, bo nasza historia jest poplątana. Apokalipsa mówi: właśnie z takich historii składa się ten tłum.
I teraz słowa Jana z drugiego czytania, które chyba najbardziej mnie dziś poruszają: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Zwróćmy uwagę na kolejność. Najpierw jest tożsamość, a dopiero potem wysiłek. Nie jesteśmy dziećmi Bożymi dlatego, że się dobrze sprawiamy. Staramy się dobrze żyć, bo jesteśmy dziećmi. Świętość nie jest egzaminem, który zdajemy, żeby zostać przyjętymi. Jest odpowiedzią kogoś, kto już został przyjęty.
A zaraz potem pada zdanie pełne uczciwości: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”. Jan nie udaje, że wszystko wie. My też nie wiemy, kim się staniemy. I to może być pocieszające. Bo jeśli patrzę na siebie dzisiaj i widzę człowieka niedokończonego, pełnego niespełnionych postanowień i powtarzających się słabości, to Jan mówi mi: to nie jest ostateczny obraz. To jest etap. Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Bóg nie zamknął jeszcze mojego portretu.
Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało zbyt łagodnie. Jan kończy wyraźnie: „Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się”. Uświęca się, czyli coś się dzieje, jest ruch, jest praca. Nadzieja nie jest tu uczuciem, lecz kierunkiem, w którym człowiek zaczyna stawiać kroki. Kto naprawdę spodziewa się, że ujrzy Boga takim, jakim jest, ten nie może żyć w sposób zupełnie obojętny na to, jakim człowiekiem jest dzisiaj.
Co to oznacza w praktyce? Zerknijmy jeszcze raz na błogosławieństwa, ale nie jak na wzniosłą poezję, tylko jak na opis zwyczajnych ludzi. Cisi: to ten, kto w kłótni potrafi nie mieć ostatniego słowa. Miłosierni: ten, kto potrafi komuś wybaczyć, choć ma prawo się obrażać. Czystego serca: ten, kto nie gra na dwa fronty. Wprowadzający pokój: ten, kto w rodzinie zamiast dolewać oliwy do ognia, po cichu szuka zgody. Nikt z nich nie jest na pierwszych stronach gazet. A jednak właśnie takich ludzi Jezus nazywa błogosławionymi.
Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas więc do dwóch spojrzeń. Pierwsze: w górę i do przodu, ku tłumowi przed tronem. Ten obraz mówi nam, że nasza historia ma dobry koniec, że ostatnie słowo nie należy do ucisku, lecz do Baranka. „Zbawienie u Boga naszego” – wołają ci, którzy przeszli przez największe próby. To nie jest hasło propagandowe, to świadectwo ludzi, którzy wiedzą, co mówią.
Drugie spojrzenie: wokół siebie, tu i teraz. Bo ten tłum nie spadł z nieba w gotowej formie. Składa się z ludzi, którzy kiedyś siedzieli w ławkach takich jak te, kłócili się o drobiazgi, bali się o dzieci, wątpili, wracali do spowiedzi, przeklinali w duchu, a potem znów próbowali. Świętość, jak ją widzi Ewangelia, to nie perfekcja, lecz wierność w drodze.
Dlatego dzisiaj nie powinniśmy czuć się mali wobec świętych, jakbyśmy byli widzami cudzego spektaklu. Powinniśmy raczej czuć się jak ktoś, kto z daleka dostrzega znajome twarze w tłumie i myśli: skoro oni, to może i ja. Nie dlatego, że jestem lepszy, ale dlatego, że ten sam Bóg, który ich poprowadził, prowadzi także mnie.
Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich. Zapalimy znicze, pomodlimy się, może przez chwilę postoimy w ciszy. Dzisiejsza liturgia podpowiada, jak na to patrzeć: nie jako na koniec, ale jako na czyjeś „przychodzenie”. Ci, których wspominamy, przeszli swoją drogę, ze wszystkim, co było w niej trudne. Wierzymy, że niejeden z nich stoi już w tym tłumie, a my idziemy tą samą drogą, nieco z tyłu.
Prośmy więc dziś o rzecz prostą: nie o to, żebyśmy stali się nagle idealni, ale o odwagę, by każdego dnia robić jeszcze jeden krok. By w ucisku nie utracić nadziei, w radości nie zapomnieć o wdzięczności, a w zwykłych, szarych dniach pamiętać, że jesteśmy dziećmi Bożymi i „rzeczywiście nimi jesteśmy”.
A kiedy kiedyś ktoś zapyta: „Ci przyodziani w białe szaty, kim są i skąd przybyli?”, niech Bóg będzie mógł odpowiedzieć o każdym z nas: to ten, to ta, którzy przyszli z naszych zwykłych dni, z naszego ucisku, z naszych upadków i powrotów, i dali się obmyć.






