Aktualności
V Niedziela Zwykła
Wmawia się nam, że jako chrześcijanie mamy być ukryci i nie wychylać się, nie afiszować z naszą wiarą, z naszymi przekonaniami, z naszą pobożnością i religijnością. Chce się zamknąć wiarę w czterech ścianach kościoła, zmusić do milczenia, rozbić nasze życie na to na co dzień i na to od święta i na niedzielę. Cały współczesny świat próbuje nam udowodnić, że wiara, to zacofanie, średniowiecze, kołtuństwo, coś czego należy się wstydzić, z czym nie należy się pokazywać, ani obnosić.
„Niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny” I to zadanie dla nas na dziś. Nie wstydźmy się być wierzącymi. Dajmy świadectwo Nasze życie powinno być święte, dobre i religijne. Mamy być solą dla tej ziemi, dla tegoż świata, gdzie wypiera się religię, moralność, uczucia. Mamy być światłem jasno świecącym, a nie tlącą się i kopcącą świeczką. Sól, która utraciła swój smak nadaje się tylko do wyrzucenia. Świeczka, która nie daje światła nie jest do niczego przydatna.
Jak wierzyć dzisiaj, żeby być rzeczywiście solą dla tego świata?
Jak wierzyć dzisiaj, żeby być dla tego świata światłem w jego ciemnościach, jasnym i klarownym punktem?
Być solą dziś, to znaczy nadawać „smak” ewangelicznej prawdy tam, gdzie żyjemy. W miejscu pracy – poprzez rzetelność, gdy inny oszukuje; poprzez szacunek, gdy inni obgadują. W rodzinie – poprzez wytrwałą miłość, gdy wygodniej jest odejść. W społeczności – poprzez troskę o słabszego, gdy inny myśli tylko o sobie. To jest ta sól: niewidoczna, ale gdy jej zabraknie – wszystko traci smak i gnije.
Jezus nie obiecuje, że to będzie łatwe. Przeciwnie. Sól narażona jest na zwietrzenie – na kompromisy, na stopniowe rozcieńczanie wiary wygodą, na zastąpienie zasad „zdrowym rozsądkiem”, który często jest po prostu tchórzostwem. Światło można schować pod korcem – pod korcem wstydu, strachu przed śmiesznością, lęku przed utratą pozycji czy spokoju.
Realizm dzisiejszej Ewangelii jest taki: jeśli sól utraci swój smak, „do niczego się już nie nadaje, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. To są twarde słowa. Wiara, która nie kształtuje życia, która jest tylko zbiorem rytuałów oderwanych od codzienności, jest bezużyteczna. Nie przemienia świata, nie daje świadectwa, nie przyciąga do Boga.
Nie chodzi więc o to, byśmy „afiszowali się” z wiarą. Chodzi o to, by ona nas przenikała. By decydowała o tym, jak traktujemy współpracownika, jak płacimy podatki, jak głosujemy, jak korzystamy z czasu wolnego, jak przebaczamy. To nie jest kwestia „obnoszenia się”, ale spójności. Człowiek wierzący nie ma podwójnego życia: „świętego” i „codziennego”. Ma jedno życie – przesiąknięte Ewangelią, czy tego chce, czy nie.
Być światłem, to nie znaczy mieć wszystkie odpowiedzi. To znaczy w ciemności niepewności, lęku, cynizmu – wskazywać kierunek: ku dobru, ku prawdzie, ku Bogu. Czasem to światło będzie małe, jak płomyk świecy. Ale w całkowitej ciemności nawet mały płomyk jest drogowskazem.
Nie bójmy się więc być solą, która nada smak tej ziemi. Nie bójmy się być światłem, nawet małym, które rozprasza ciemności w naszym najbliższym otoczeniu. Nie po to, by nas chwalono, ale po to, by ludzie, widząc nasze dobre czyny – proste, ciche, czasem heroiczne – chwalili Ojca naszego, który jest w niebie.
Od Niego przyszliśmy i do Niego zmierzamy. A droga wiedzie przez zwykłą, codzienną ziemię, która potrzebuje soli, i przez mrok, który potrzebuje światła. Bądźmy tym, czym Chrystus nas nazwał. To nasza godność i nasze zadanie. Nie mamy innego.



