Aktualności
XIII Niedziela Zwykła
Stracić, by odnaleźć – Ewangelia radykalnej miłości
Słowa, dzisiejszej Ewangelii, należą do najbardziej wymagających w całej Ewangelii. „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. „Kto chce znaleźć swe życie, straci je”. Brzmi to jak wezwanie do zerwania najświętszych więzi i pójścia drogą cierpienia. Czy Jezus naprawdę chce, byśmy przestali kochać najbliższych? Czy chrześcijaństwo jest religią pogardy dla ludzkich uczuć?
Zatrzymajmy się nad tymi pytaniami, bo odpowiedź odsłania samo serce Ewangelii.
Miłość uporządkowana – postawić Chrystusa w centrum
Gdy Jezus mówi o miłości do ojca, matki, syna czy córki, nie unieważnia czwartego przykazania. Nie przekreśla naturalnej, pięknej miłości rodzinnej. Mówi natomiast o hierarchii. Grzech wszedł na świat przez nieuporządkowaną miłość – przez to, że człowiek postawił „coś” lub „kogoś” w miejscu Boga. Nawet najpiękniejsza miłość, jeśli zajmie miejsce przynależne wyłącznie Stwórcy, staje się bożkiem. A bożek zawsze zniewala.
Jezus wzywa nas do miłości uporządkowanej. Do tego, by On – Bóg, który pierwszy nas umiłował – był fundamentem i źródłem każdej innej miłości. Dopiero wtedy, gdy nasza miłość do Niego stoi na pierwszym miejscu, miłość do rodziców, dzieci, współmałżonka staje się czysta, bezinteresowna i wyzwalająca. Inaczej, nieświadomie, kochamy bliskich „dla siebie” – po to, by oni zaspokoili nasze potrzeby, by nas docenili, by dali nam poczucie bezpieczeństwa. A wtedy każda zdrada, odrzucenie czy nawet zwykła ludzka słabość bliskiej osoby rozbija nas od środka.
Jezus mówi: kochaj Mnie ponad wszystko, a wtedy naprawdę będziesz zdolny kochać wszystkich – czysto, wiernie i do końca, nawet wtedy, gdy twoja miłość nie będzie odwzajemniona. Właśnie dlatego święci, którzy najbardziej radykalnie postawili Chrystusa na pierwszym miejscu, potrafili najbardziej bezinteresownie kochać ludzi.
Krzyż – nie cierpienie dla cierpienia, ale znak miłości bez granic
„Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jak rozumieć te słowa? Krzyż nie jest tu wezwaniem do szukania cierpienia dla cierpienia. Bóg nie jest sadystą. Krzyż w ustach Jezusa to konkretny kształt miłości – miłości, która oddaje się do końca, która nie kalkuluje, która nie cofa się przed ofiarą.
Wziąć swój krzyż znaczy przyjąć codzienność taką, jaka jest – z jej obowiązkami, z ludźmi trudnymi, z własnymi ograniczeniami, z chorobą czy osamotnieniem – i przeżywać ją nie z narzekaniem i goryczą, ale jako przestrzeń miłości. To znaczy przebaczać, gdy serce krzyczy o sprawiedliwość. To być wiernym, gdy uczucia wygasają. To służyć, gdy nikt nie docenia. Krzyż nie jest nieszczęściem – krzyż jest miłością, która kosztuje. Ale tylko taka miłość przynosi zmartwychwstanie.
Paradoks Królestwa – stracić życie, by je znaleźć
„Kto chce znaleźć swe życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. To jest centrum dzisiejszej Ewangelii. W tych słowach odsłania się logika całego chrześcijaństwa.
Człowiek „starego Adama” instynktownie chce swoje życie zachować, zabezpieczyć, zatrzymać dla siebie. Chce je „znaleźć”, czyli zrealizować według własnego planu. I w tym właśnie je gubi. Bo życie zatrzymane dla siebie kurczy się, obumiera, staje się puste. Życie oddane, rozlane, podarowane – rozkwita i wydaje owoc obfity. To nie jest poezja. To jest twarde prawo duchowe. Ziarno, które nie obumrze, zostaje samo. Ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (por. J 12, 24).
„Stracić życie z mego powodu” znaczy: wejść w ten sam dynamizm miłości, który zaprowadził Jezusa na krzyż i który otworzył Go na zmartwychwstanie. W każdym geście zapomnienia o sobie – nawet tym najmniejszym – już teraz zakorzenia się w nas nowe życie.
Kubek świeżej wody – Eucharystia codzienności
I tu dochodzimy do najbardziej pocieszającego fragmentu tej Ewangelii. Po słowach, które wstrząsają naszym poczuciem bezpieczeństwa, Jezus schodzi na ziemię – do zwykłego „kubka świeżej wody”.
Mówi: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. A potem dodaje: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”. To zdanie otwiera przed nami całą głębię chrześcijańskiej codzienności.
„Najmniejszy” to niekoniecznie ktoś wielki i wpływowy. To żebrak, samotna staruszka, trudne dziecko, niewygodny sąsiad, współmałżonek, który dziś nie ma siły się uśmiechnąć. W każdym z nich jest ukryta obecność Chrystusa. Nie teoretycznie, ale sakramentalnie realnie – bo Chrystus utożsamił się z najmniejszymi.
Podać kubek świeżej wody to coś tak małego, że prawie nic. To jeden uśmiech, jedno dobre słowo, pięć minut cierpliwego wysłuchania. A jednak Jezus obiecuje za to „nagrodę”. Nie chodzi o zapłatę w naszym ludzkim rozumieniu – nie o zdrowie, pieniądze czy powodzenie. Nagrodą jest On sam. Nagrodą jest to, że w tym maleńkim geście już tutaj, na ziemi, wchodzimy w komunię z Życiem wiecznym. Bo miłość – każda, nawet najmniejsza – już jest cząstką nieba.






