Aktualności
XXVI Niedziela Zwykła
Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami… To zdanie Jezusa musiało boleć słuchaczy. Prawda często boli. Bo prawda nie jest tym, co mówimy o sobie, ale tym, co robimy.
Pierwszy syn z dzisiejszej Ewangelii to mistrz wizerunku. „Tak, Panie!”. Krótka, ładna, pobożna deklaracja. Ale po niej następuje pustka. To nasza stała pokusa. Łatwo jest mieć w ustach słowa o Bogu, sprawiedliwości i miłości, a jednocześnie nie robić nic, by to stało się ciałem. Taka powierzchowna pobożność jest wygodna. Daje nam spokój ducha, póki nie zmusi nas do wejścia w brud i trud „winnicy” – w prawdziwe życie, w realną pomoc, w autentyczne przeprosiny. Wolimy dbać o wygląd niż o rzeczywistość.
Drugi syn powiedział: „Nie chcę.” Brzmi to jak bunt. Może był szczery w swoim odrzuceniu, albo po prostu zmęczony. Ale Ewangelia mówi, że „opamiętał się”. I to jest ta chwila, którą Bóg ceni najbardziej, o czym mówi prorok Ezechiel. Ten chłopak poczuł żal, zobaczył bezsens swojej odmowy. Nie zaczął nagle wygłaszać nowych kazań o posłuszeństwie. Po prostu wstał i poszedł pracować. Nie deklarował, ale stawał się posłuszny. To jest nawrócenie: zmiana kursu, nie zmiana słów.
Thomas Merton, mnich trapista, napisał kiedyś mądre zdanie: „Pycha czyni nas sztucznymi; pokora czyni nas prawdziwymi”. Pierwszy syn był sztuczny. Wiedział, jak się zachować, co powiedzieć, by wypaść dobrze. Drugi syn stał się prawdziwy. Pozwolił, by jego czyn, nie słowo, zdefiniował go.
Dlaczego „grzesznicy” wchodzą pierwsi? Bo wiedzą, że ich deklaracje zawiodły. Nie mają nic do stracenia w swojej szczerości. Wiedzą, że potrzebują uzdrowienia. Pierwszy syn, w swojej samowystarczalności, czuje się bezpiecznie. On „już poszedł”.
Paweł w Liście do Filipian pokazuje Chrystusa, który „ogołocił samego siebie”. On, Bóg, uniżył się i stawał się posłuszny aż do śmierci. To ogołocenie jest kluczem. Musimy ogołocić się ze złudzeń, ze strachu przed pracą, z chęci dbania o wizerunek. Nawrócenie wymaga pokory – przyznania, że nasza pierwsza odmowa była błędem, i wejścia do pracy.
Nie ważne, ile razy powiedzieliśmy Bogu „Tak” w świątyni, jeśli nasze życie w domu, w pracy, w relacjach mówi „Nie.” Nie ważne, jak głośno śpiewamy „Hosanna,” jeśli nie podnosimy rąk do pracy. I odwrotnie: nie ważne, jak daleko kiedyś odeszliśmy, jeśli dzisiaj wstajemy i wchodzimy do winnicy. Boga nie interesują nasze wczorajsze obietnice, ale dzisiejsza decyzja o pracy. Co dzisiaj jest twoją winnicą? Pójdziesz?






